Razi mnie światło i wkurza dzwonek telefonu komórkowego, zarówno dźwięk na sms, jak i na połączenia przychodzące. Przeżywam chwilowo schorzenie "boli mnie każdy mięsień, podkreślam każdy i chyba zwymiotuję".
Ta jednostka chorobowa została nabyta bardzo spontanicznie i w okolicznościach Pchlego Targu w sobotę, kiedy to, do nie w pełni przystosowanego obuwia dostał się opad.
Rzęsisty, deszczowy.
Będąc infekowana, ze stoickim spokojem i mokrą skarpetką oglądałam sztylet sprowadzony prosto ze Sri Lanki oraz rozmawiałam z Panem Koralikiem ("srebrny pierścionek za złoty").
Za grosz pomyślunku.
Żeby było pikantniej roznoszę bakterie w miejscu mojej radosnej praktyki zawodowej. Tak, sabotażystka ze mnie.
A teraz uroczyście skoncentruję sie na moich mdłościach.
Pani Wanda ze zmarszczkami, chorą nogą i po osiemdziesiątce, najpierw jakby się zachwyciła, by po chwili zostać bardzo skutecznie sprowadzoną na ziemię.
Uniesienie wywołało moje imię, którego piękność ni jak nie harmonizuje się jednak z radosnymi studiami, które od lat czterech studiuję ze skutkami i obrażeniami umiarkowanymi.
"To nie dało się już nic nudniejszego?"
To też rodzaj sztuki. Sztuki przetrwania, ale zawsze coś.